Druga ucieczka Niemców

Druga ucieczka Niemców

"Anglia nas zaprasza" - demonstracja studentów medycyny w Berlinie. Większość spośród 155 tys. rdzennych Niemców, którzy opuścili ojczyznę w 2006 r., to wykształceni ludzie w wieku poniżej 35 lat.Z Niemiec wypływa największa fala emigracji od stu lat
Najpierw nie chcieli mieć dzieci, teraz się zestarzeli, a w dodatku coraz więcej coraz mniej licznych młodych ucieka za granicę. Jeśli utrzymają się te tendencje, pod koniec wieku Polska będzie sąsiadować z Niemcami bez Niemców.
Dawniej przychodzili do niego tylko ludzie bogaci. W Niemczech tylko takich stać na szycie ubrań na miarę. Enrico S. z Hanoweru nie narzekał na brak zamówień.
Ale to już przeszłość. Jego zakład splajtował. Choć nie starczało mu już pieniędzy na czynsz, nie chciał iść do urzędu i prosić o jałmużnę. "To taki wstyd" - zwierzył się lokalnej gazecie. Na zatrudnienie w wieku emerytalnym nie miał co liczyć. Gdy sąd nakazał eksmisję, Enrico S. z żoną zamieszkali w samochodzie. Po kilku tygodniach byli tak wycieńczeni, że zabrała ich karetka pogotowia. Historia tej pary obiegła całe Niemcy. Choć bezrobocie spada, a przedsiębiorcy i politycy meldują o ożywieniu gospodarczym, przepaść między biednymi a bogatymi pogłębia się i coraz więcej Niemców opuszcza kraj w poszukiwaniu lepszych perspektyw.

Good Bye Deutschland
W 2006 r. padł kolejny rekord. - Takiej fali uciekinierów nie mieliśmy od stu lat - mówi Simone Eick, dyrektorka Domu Niemieckich Uchodźców w Bremerhaven. Na "nowy początek" decydują się nawet ludzie po pięćdziesiątce. Miejsca osiedlenia znają z urlopów. W RFN powstają agencje wyszukujące pracę i mieszkania dla emigrantów. Nie ma kanału telewizji, który nie emitowałby serialu z cyklu: "Mój nowy dom", "Moja nowa ojczyzna" itp. Z historiami rodzin: od podjęcia decyzji o wyjeździe, sprzedaży mebli i pożegnania z krewnymi, po remonty wynajętych mieszkań i zapisy dzieci do obcojęzycznych szkół.
Mechanicy, elektrycy, płytkarze, lekarze, inżynierowie, hotelarze - dwa lata temu z ojczyzną pożegnało się 144,814 tys. osób. Według Federalnego Urzędu Statystycznego, w 2006 r. RFN powiedziało good bye 639 tys. obywateli, z tego 155 tys. rdzennych Niemców. Ale te liczby nie odzwierciedlają dramatyzmu sytuacji. Dane statystyczne obejmują tylko tych, którzy wymeldowali się z dawnych miejsc zamieszkania, a wielu nie dopełniło tej formalności lub na wszelki wypadek zachowuje dawne lokale. Zdaniem ekspertów, prawdziwa liczba emigrantów niemieckiej narodowości wynosi około ćwierć miliona.
Nową falą uchodźców z RFN zajęli się akademicy. Nana Seidel z uniwersytetu w Bremie pisze na ten temat pracę doktorską. - Tylko część z nich jest zmuszona do wyjazdu z powodu bezrobocia. Wielu przyciągają lepsze możliwości zrobienia kariery, mniejsza biurokracja i społeczeństwa żyjące "bardziej na luzie" - komentuje Seidel. Jej opinię potwierdzają dane Centralnego Biura Pośrednictwa Pracy: spośród kilkunastu tysięcy Niemców, którym ta instytucja co roku wydaje skierowania, głównie do pracy w państwach UE, mniej niż połowa utrzymywała się wcześniej z zasiłków. Dla większości zatrudnienie za granicą nie jest koniecznością, lecz wyborem dla poprawy bytu.
Armin Schulz z Kolonii nie musiał wyjeżdżać. Był operatorem koparki, a żona pracowała w zakładzie fryzjerskim. Ominęła go redukcja zatrudnienia w firmie. Ale gdy ten 54-letni mężczyzna zobaczył, jak żyją jego młodsi koledzy pracujący w Norwegii, złożył wypowiedzenie. Zatrudnił się w zakładzie drzewnym. Żona przyjechała później. Niedawno zarejestrowała obwoźny, jednoosobowy zakład kosmetyczny. Koledzy pomogli im znaleźć dom, gdzie "córki mają wreszcie swoje pokoje i jest nawet gdzie gości z Niemiec położyć ".

Byle dalej
Skandynawia, Dania, Szwajcaria, Austria, Wielka Brytania, Francja i Polska (w wypadku naszego kraju są to przede wszystkim tzw. reemigranci) to najbardziej popularne cele niemieckich osiedleńców. Coraz częściej decydują się także na miejsca oddalone o tysiące kilometrów. Ekipy Sat1 i RTL wybrały się niedawno do Tajlandii, Nowej Zelandii i Chin, by pokazać, jak urządzili się emigranci z RFN. Jeden otworzył hotel, a dziś ma ich trzy. Drugi zarabia na kursach nurkowania. Inni zaryzykowali domową produkcję kiełbas w chińskim Qingdao. Ich kapitał początkowy wynosił kilka tysięcy euro. Najpierw sami smażyli kiełbaski i sprzedawali w centrum miasta. Dziś prowadzą niemiecko-chińską spółkę i realizują zamówienia dla hoteli.
Simone Eick z Deutsches Auswandererhaus w Bremerhaven wzbrania się przed nazywaniem niemieckich uchodźców emigrantami. Jak definiuje, są nimi ci, którzy decydują się wyjechać do obcych krajów na zawsze, a nie wiadomo, czy takie intencje mają Niemcy, którzy opuszczają RFN. Zdanie: "Wszędzie, byle dalej stąd", powtarzane przed kamerami przez tych, którzy pakują manatki, traktuje jako chwilowy stan emocjonalny. Dla szefa Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (DIHK) Ludwiga Georga Brauna liczy się to, że w Niemczech ubywa fachowców: większość spośród 155 tys. jego rodaków, którzy w 2006 r. pokazali ojczyźnie plecy, to dobrze wykształceni ludzie w wieku poniżej 35 lat. Braun ostrzega: państwo łoży na naukę, a stoi przed groźbą deficytu wykwalifikowanych specjalistów. Uważa, że u podstaw emigracji leżą wysokie podatki i składki, mało elastyczny rynek pracy, system szkolnictwa niedostosowany do wymogów przyszłości i malejące emerytury. Uchodźstwo z Niemiec nie jest emigracją leniwych, lecz kreatywnych i pełnych zapału. A takich kraj potrzebuje najbardziej - ubolewają eksperci DIHK.
Prof. Klaus Bade z uniwersytetu w Osnabrück, znawca problemów migracji, podsumowuje: "Najlepsi wyjeżdżają, specjaliści z zagranicy omijają nas szerokim łukiem".
W sondażu Emnid Institut jako najważniejsze powody emigracji wymieniane są kiepskie szanse na zrobienie karier zawodowych i małe możliwości zatrudnienia. Istniejący od 1871 r. Punkt Doradczy i Pomocy dla Emigrantów Raphaels-Werk przeżywa szturm z pytaniami o szanse na egzystencję za granicą. Jak mówi Christina Busch, w 22 filiach Raphaels-Werk panuje ruch, "jakiego nie było od czasu wojny".

Rekord niżu
Biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa i coraz niższą liczbę narodzin, perspektywy dla RFN nie są wesołe. Przed dwoma laty przyszło na świat tylko 675 tys. dzieci - to kolejny rekord niżu demograficznego. Według demografów, przy obecnej tendencji liczba ludności RFN może spaść w 2050 r. do 69 mln (z 82,4 mln). Sześćdziesięciolatków będzie dwa razy więcej niż noworodków. - Mamy około 50 mln obywateli w tzw. wieku produkcyjnym, a w połowie stulecia może ich być już tylko 29 proc. Jak tak dalej pójdzie, za dwanaście pokoleń będziemy mogli powiedzieć: ostatni gasi światło - ostrzega Walter Radermacher, wiceszef Federalnego Urzędu Statystycznego.
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany