Ryba po polsku - Jolka, Jolka, pamiętasz!

Ryba po polsku - Jolka, Jolka, pamiętasz!

Polityka w Polsce jest uczuciowa. Trzeba tylko dokładnie wykalkulować, kiedy się oburzyć, a kiedy popłakać
Czuję się ostatnio okropnie cyniczny. Wyprany ze wszystkich uczuć wyższych. Niezdolny do wzruszeń ani do szlachetnych porywów. Po prostu kamienne serce i martwa dusza. A wszystko przez wrażenie déja vu. Przez takie niejasne i niesprecyzowane, ale natrętne skojarzenia w zetknięciu z przejawami piękna, dobroci i bezinteresowności, że ja już gdzieś to widziałem. I że wiem, jak to się skończy.Ostatnio zamiast wzruszyć się należycie, jak przystało człowiekowi przyzwoitemu na widok polityków, którzy odrywają się od swoich zajęć, porzucają nie cierpiące zwłoki sprawy, odkładają na bok problemy i bieżą pod kancelarię premiera, aby protestującym pielęgniarkom nieść pociechę i kanapki, gorsza, cyniczna część mojej natury podsunęła mi pod powieki zupełnie inny obraz. Zobaczyłem skoty unurzane w śniegu, zziębniętych żołnierzy przy koksownikach i rozczulające emerytki, które poją tych żołnierzy zakupioną za wdowi grosz herbatą i częstują wystanymi w kolejce cukierkami. Obrzydliwość, cóż za porównanie! Tamten cyrk organizowany przez władze stanu wojennego przed kamerami reżimowej telewizji porównywać ze spontanicznym odruchem serca takiego Olejniczaka, fundującego głodnym pielęgniarkom 200 hamburgerów. To wstyd doprawdy porównywać miłośniczki generała Jaruzelskiego, wspierające go na polecenie PRON herbatą, z Jolantą Kwaśniewską, przynoszącą pielęgniarkom różę, być może nawet z własnego ogródka. Na górze róże, na dole fiołki, kochają się Jola z pielęgniarką jak dwa aniołki. Radość i ogólne wzruszenie, a ja, cholera, nic takiego nie czuję. Po prostu bydlę bez uczuć.
Co gorsza, mam wrażenie, że pielęgniarki też się nie wzruszają. Jestem akurat po lekturze "Wieszania" Jarosława Marka Rymkiewicza i nachodzą mnie ponure myśli, że zamiast róży od Kwaśniewskiej pielęgniarki wolałyby solidną szubienicę dla kogoś, kto ten brakujący dziś na podwyżki miliard złotych wpakował w likwidację kas chorych i organizację Narodowego Funduszu Zdrowia po to tylko, aby scentralizować pieniądze na ochronę zdrowia i mieć do nich łatwiejszy dostęp. Jakoś minister Łapiński nie przyniósł pielęgniarkom nawet suchej bułki. A mógłby się szarpnąć, zapewniając równocześnie, że jak tylko wróci do władzy, to podniesie pielęgniarkom płace, bo haniebna wysokość obecnych aż mu skręca trzewia z boleści. Gdyby ktoś nie pamiętał, to Łapiński był w rządzie SLD, partii, która teraz rozdaje pielęgniarkom hamburgery na znak solidarności, miłości i zrozumienia.
Najgorsze jest jednak co innego, co mi się plącze po łbie, kiedy oglądam łzawe i kiczowate sceny z udziałem polityków wśród pielęgniarek. Przekonanie, że gdyby protest odbywał się za rządów SLD, to w Aleje Ujazdowskie przyszedłby Gosiewski z pizzą, pani Szczypińska z bukietem kwiatów i Giertych z pomadkami. Natomiast nikt nigdy nie powie ani pielęgniarkom, ani reszcie Polaków, że obecny system finansowania ochrony zdrowia jest nie do utrzymania, jeśli służba zdrowia nie ma nadal wegetować na łaskawym chlebie. I że trzeba się rozstać ze złudzeniami egalitaryzmu i powszechnej, nieodpłatnej dostępności wszystkich do wszystkiego. Do wszelkiego rodzaju usług medycznych, zabiegów i badań. Zamiast tego bezpieczniej i bardziej skutecznie propagandowo jest oczywiście nosić pielęgniarkom kanapki i kwiaty, współczuć, zapewniać, że mają rację i powinny dostać podwyżki. Najlepiej sfinansować te podwyżki z podatku VAT za hamburgery, które Olejniczak kupił pielęgniarkom. Gdyby każda pielęgniarka w Polsce dostała od Olejniczaka dwa hamburgery dziennie, do tego duże frytki i colę, to wpływy z podatków starczyłyby na podniesienie płac pielęgniarek co najmniej o 10 złotych miesięcznie. A gdyby do tego doszła jeszcze codzienna beza od Kwaśniewskiej, to podwyżka mogłaby wynieść nawet 12 złotych.
Takie mam obrzydliwe, kupieckie podejście do problemu płac w służbie zdrowia i bardzo nad tym ubolewam, bo przecież jest to problem emocjonalny. Sprawa uczuć, a nie wulgarnego materializmu. Polityka, przynajmniej w Polsce, jest uczuciowa. Trzeba tylko dokładnie i na zimno wykalkulować, kiedy się oburzyć, a kiedy popłakać.

Autor jest publicystą "Dziennika" i "Faktu
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany