Serial, który mówi

Serial, który mówi

Skrzyżowanie Mickiewicza z komunikatem dworcowym - to język polskich seriali
Bohater polskiego serialu, nawet gdy ma 20 lat, wysławia się jak ciotka z przedwojennych Kresów. Ględzi poprawnie, ale nudno. I tak ma być. Bo scenarzyści "M jak miłość", "Klanu" czy "Na Wspólnej" mają misję. Chcą nauczyć rodaków poprawnej polszczyzny i kultury osobistej. Widzowie coraz częściej mają jednak dosyć tej szkółki.

Romantyzmz lektur szkolnych
Nawet w kościele czy w sali wykładowej usłyszymy bardziej soczysty język niż w polskich operach mydlanych. Taki Paweł Zduński z "M jak miłość" (Rafał Mroczek) może się upić, ale i wtedy wysławia się elegancko. Najgorsze wulgaryzmy w jego ustach to "burdel" albo "tyłek". Ale bohaterowie tasiemców nie muszą przeklinać. Wystarczy, żeby mówili językiem, jaki znamy. Na co dzień wszyscy wciąż sobie przerywają - bohaterowie seriali nigdy tego nie robią. Każdy wygłasza swoją kwestię niczym u Szekspira. W dodatku widza mają za półgłówka - nic nie rozumie, więc wszystko trzeba mu tłumaczyć kilka razy. "Dziś sobota, szkoły nie ma" - tłumaczy Lucjan Mostowiak w "M jak miłość". Jeśli widz jeszcze nie odnotował, na czym polega wyjątkowość soboty, w tej samej scenie tłumaczy mu to Simona (Agnieszka Fitkau-Perepeczko): "Sobota, dzień wolny". Bohaterowie często też mówią widzowi, co akurat robią. Podnoszą szklankę do ust i objaśniają: "Teraz piję herbatę". Zamykają za sobą drzwi i ogłaszają: "Teraz wychodzę z domu". Ale to proste komunikaty. Bohaterowie naszych seriali to niemal stachanowcy w produkcji "złotych myśli" w rodzaju: "Najważniejsza jest miłość" albo "Świat bez miłości byłby łatwiejszy" ("Samo życie").
- Telenowele posługują się językiem spóźnionego romantyzmu. Jakby autorzy dialogów byli świeżo po lekturze Mickiewicza i nieumiejętnie próbowali odtworzyć jego styl - mówi prof. Wiesław Godzic, medioznawca. Przez to z ust dwudziestoparolatki padają sformułowania typu: "Niczego bardziej nie pragnę". Maria Zduńska w "M jak miłość" umawia się na rozmowę tekstem: "Pójdź do kawiarenki. Tam porozmawiamy". Nic więc dziwnego, że bohaterowie, którzy są sobie bliscy, rozmawiają jak obcy. To poniekąd zrozumiałe. Bohater musi w każdym odcinku przedstawiać się od nowa - nie powinien liczyć, że widz pamięta, kim on jest i co tu robi. Nawet jeżeli ktoś zacznie oglądać "Klan" od tysięcznego odcinka, zorientuje się, skąd pochodzi Stanisława Dorobczyk. Przy każdym bon mocie tłumaczy swojemu mężowi, że jej mądrość pochodzi z Kazachstanu.

Fenomen Ryśka
- W serialach nie może być wulgaryzmów, błędów ani skrótowców, bo po obejrzeniu 500 odcinków widzowie zaczną ich masowo używać, a po co zanieczyszczać polszczyznę - przekonuje Ilona Łepkowska, scenarzystka "Klanu", "Na dobre i na złe" oraz "M jak miłość". Łepkowska jest też przeciwniczką zbytniego różnicowania języka postaci. - W "M jak miłość" bohaterowie pochodzą z różnych środowisk i każdy mógłby mówić inaczej. Ale nie mogę mówić językiem warszawki do młodzieży z Kozłówki, która nie zrozumie go i poczuje się lekceważona - broni się Łepkowska.
Na ostrzejsze powiedzonka mogą sobie, według Łepkowskiej, pozwolić scenarzyści takich seriali jak "Oficerowie", które trwają za krótko, by wypromować wulgarną polszczyznę. Autorka "M jak miłość" unika nie tylko przekleństw, ale wszelkiej agresji słownej bohaterów. Uważa, że widzowie nie polubiliby chamów. A najważniejsze - z ekranu musi płynąć jasny komunikat. - Mogłabym na przykład nakręcić serial o pracownikach agencji reklamowej, którzy posługiwaliby się żargonem z branży. Ale wtedy nikt nie zrozumiałby dialogów. To samo dotyczy zróżnicowania regionalnego - przekonuje Łepkowska. Ale nie ma racji. Bo to właśnie soczysty język postaci powoduje, że zapada ona w pamięć. Najpopularniejszą postacią "Klanu", w dodatku jedyną, której udało się wylansować jakieś powiedzonko, jest Ryszard Lubicz, taksówkarz. Furorę zrobiło jego: "Dzieci, umyjcie rączki". To dzięki niemu Rysiek ma rzesze fanów i jest bohaterem dowcipów w tym samym stopniu co Chuck Norris. Na jednej z poświęconych mu stron internetowych można przeczytać zmyśloną listę filmów z udziałem Ryśka. Są wśród nich: "Piraci z Sadyby: Klątwa niedomytego Rysia", "Rysiek Lubicz - Koszmar z Sadyby" czy "Warszawska masakra taksówką mechaniczną".

Nowomowa wczesnym popołudniem
Z serialowej nowomowy coraz mniej zadowoleni są sami widzowie. W Internecie skarżą się na drętwe dialogi, ich pretensjonalność i fałsz. Powstało nawet forum, na którym polskie seriale dostawały Złote Maliny. W kategorii "najgorszy scenariusz (głupawe i nudzące dialogi)" wygrywały nie "Oficerowie" czy "Sfora", gdzie bohaterowie gadają topornie i klną, ale opery mydlane - "Klan", "Złotopolscy", "M jak miłość". - Dzisiejsi widzowie są cyniczni i ironiczni. Nie traktują kultury czołobitnie i oglądają wszystko przez filtr - uważa prof. Wiesław Godzic. Nic dziwnego, że nie akceptują gadaniny z ekranu. Zwłaszcza że ta ma wiele wspólnego z PRL-owską nowomową. - Scenarzyści oper mydlanych, podobnie jak władza w PRL, nie podpatrują mowy Polaków. Serwują im swoją własną, lepszą - podkreśla prof. Godzic. Z tym że władze komunistyczne miały więcej inwencji. Zdarzały im się takie "hity" jak "są granice, których przekroczyć nie wolno" czy "rząd się zawsze wyżywi".
Twórcy seriali powinni trochę spuścić z tonu. - Opera mydlana jest jak książka kupiona na lotnisku przed podróżą i wyrzucona tuż po niej - uważa Paweł Nowicki, autor książki "Co to jest telenowela", scenarzysta "Pierwszej miłości" i "Warto kochać". Podkreśla, że serial powinien służyć rozrywce i zaspokajać głód fabuły. Trzeba by być mistrzem, żeby jeszcze pisać go zróżnicowanym językiem. Poza tym serial kręci się w chaosie. - Na planie wszyscy się męczą i nikt z nikim nie współpracuje - mówi Nowicki. To widać. Bo nawet słabe dialogi mógłby podratować sprawny aktor. Aktorzy nie mają jednak szansy się wykazać. "Nie mamy czasu na poprawki, gdyż z góry jest ustalone, ile scen musimy nagrać w ciągu dnia i trzeba się bardzo się spieszyć" - mówił w jednym z wywiadów Michał Chorosiński, grający w "M jak miłość" .
Czy jednak jest o co kruszyć kopie? Na co komu realistyczne dialogi, gdy widzowie "Na dobre i na złe" potrafią powiedzieć: "Takiego szpitala jak w tym serialu na pewno nie ma. Ale ciekawe, jaki on jest naprawdę?".
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany