Żywność dla idiotów

Żywność dla idiotów

Wszędzie na świecie chłopi narzekają, że żywność jest za tania, a konsumenci, że za droga. Oba te mity - konieczności wspierania producentów i ochrony konsumentów przed drożyzną - doprowadziły do paradoksalnej sytuacji. Najbogatsze kraje świata, zrzeszone w OECD, wydały na subsydiowanie rolnictwa w 2005 r. gigantyczną sumę 225 mld euro (300 mld USD - niemal miliard dziennie).

Dotacje tworzyły w krajach OECD 29 proc. dochodów rolniczych, a każdy z 1,15 mld mieszkańców tych najbogatszych państw świata dał rocznie 260 dolarów na wsparcie rolnictwa. Analizy ekonomiczne wskazują jednak, że gdyby świat całkowicie zrezygnował z dotowania rolnictwa, to ceny żywności okresowo wzrosłyby o 10 proc. Potem zaczęłyby maleć. Bogaty świat mógłby zatem, redukując swój zapał do produkcji rolnej, mieć żywność tańszą o 20 proc. lub o równowartość tej kwoty zwiększyć pomoc dla państw najbiedniejszych, albo przeznaczyć te pieniądze na inne cele.

Przez żołądek do portfela

Udziałwydatków na żywność w budżetach gospodarstw domowych w Polsce i USA w proc.
Wiek taniochy
Nie można obiektywnie odpowiedzieć na pytanie, czy żywność jest droga, bo w takim ujęciu odwołujemy się do czynników subiektywnych (Kowalski uważa, że droga, a Malinowski, że tania). Można jednak łatwo udowodnić, że przez cały XX wiek systematycznie taniała. Działo się tak dlatego, że do rolnictwa dotarł wreszcie postęp techniczny, umożliwiając wzrost produkcji w tempie porównywalnym z przemysłem i w znacznym stopniu uniezależniając jego wyniki od czynników losowych (temperatura, susza itd.). Czarne prognozy Thomasa Malthusa nie spełniły się, a światu przestała zagrażać trapiąca go od zawsze groźba głodu. Ponieważ jednak żywność jest jednym z niewielu dóbr, których spożycie napotyka na naturalny ogranicznik (trudno jest bez narażenia zdrowia konsumować więcej niż 3 tys. kcal dziennie), bardzo wyraźnie w rozwiniętych krajach zaczęło się objawiać prawo Engela (w miarę wzrostu dochodów zmniejsza się procentowy udział wydatków na żywność). Popyt na żywność rósł wolniej niż dochody, co sprawiło, że ceny artykułów spożywczych zwiększały się wolniej niż innych dóbr (relatywnie taniały) i zaczął się utrwalać dysparytet dochodów rolniczych.
Wypadkową zmian dochodowo-cenowo-popytowych było także stałe obniżanie się odsetka dochodów ludności miejskiej, wydawanego na żywność.
W latach 30. XX wieku w Stanach Zjednoczonych udział wydatków żywnościowych w budżetach domowych wynosił 25 proc., w roku 1970 spadł do 14 proc., a obecnie (dane z roku 2005) wynosi 10 proc. Polska, realizując w ramach eksperymentu socjalistycznego ambitny plan utworzenia strefy bezmięsnej w Europie Środkowej, od owych powszechnych prawidłowości była wolna. W roku 1970 wydawaliśmy na żywność ponad 40 proc. naszych dochodów (przed wojną w gospodarstwach pracowników umysłowych - 31 proc.), a w roku 1990 wskaźnik ten przekroczył połowę wydatków. Było to następstwem szybszego niż ogólna inflacja tempa wzrostu cen artykułów spożywczych. Przez dwadzieścia lat (1970-1990) ceny zwiększyły się 350-krotnie, podczas gdy ceny żywności - aż 415-krotnie.
Dopiero normalne funkcjonowanie rynku sprawiło, że przez ostatnie kilkanaście lat udział wydatków na żywność gwałtownie spada, dochodząc w roku 2005 do 28 proc. Ale w tym czasie ośmiokrotny wzrost cen żywności pozostawał dalece w tyle za inflacją powiększającą średnią cenę towaru niemal dwunastokrotnie. W efekcie realne ceny żywności, wyrażone w czasie, jaki trzeba pracować, aby ją kupić, istotnie spadły. Albo - mówiąc inaczej - za przeciętną płacę możemy kupić dzisiaj wielokrotnie więcej artykułów spożywczych niż w roku 1970.
W wypadku kawy jest to 17,5 razy więcej, w wypadku czekolady i cytryn - 5 razy, kiełbasy, schabu, mleka, masła i herbaty - od 3 do 4 razy więcej. I jedynie chleba możemy kupić tylko o 10 proc. więcej niż przed 37 laty.

Unia drożyzny
CAP, czyli wspólna polityka rolna Unii Europejskiej, jest powszechnie krytykowana przez ekonomistów. Wydatkowanie prawie połowy budżetu wspólnoty na dotowanie rolników zamiast na finansowanie badań naukowych i postępu technologicznego jest jednym z największych idiotyzmów współczesnego świata. Za subwencjami stoi jednak potężne lobby, a żaden polityk nie lubi, jak mu rolnicy blokują drogi, wyrzucają pod siedzibą gnój lub oferują w prezencie obcięte zwierzęce łby. Dlatego reforma CAP, polegająca na stopniowym zmniejszaniu subwencji, przebiega w takim tempie, że najprawdopodobniej jeszcze nasze wnuki będą dotować wnuków Bondy, Balazsa czy Leppera.
Pół biedy, kiedy subwencjonowanie ma postać sensownie ustalonych cen minimalnych. Wówczas koszty ponosi podatnik, ale nie musi ich odczuwać konsument kupujący towar. Gorzej, kiedy owo wsparcie wiąże się z kwotowaniem produkcji i cłami wwozowymi. W takim wypadku windowane w górę są także ceny. I tak mieszkaniec unii za cukier i masło płaci o połowę więcej, niż gdyby zakupów dokonywał w sytuacji wolnego handlu (cena interwencyjna w unii, zabezpieczana wysokimi cłami i limitowaniem produkcji, wynosi w wypadku cukru 632 euro za tonę; cena na giełdach światowych 400 euro, w wypadku masła 259,52 euro za 100 kg przy cenie światowej 187,5 euro). Szczęśliwie część żywności to towary łatwo psujące się, co wymusza ich przecenianie po pewnym czasie, a na dodatek niektóre państwa mają dawne przyczółki kolonialne (de facto są to członkowie unii), z których sprowadzają tanie (bo bezcłowe) "artykuły kolonialne". Dzięki temu rynek jakoś próbuje łagodzić idiotyzm wspólnej polityki rolnej.
Rynek, choć z nieco innego powodu - naszych niższych dochodów, nie pozwolił także na zbyt wielki wzrost cen po akcesji Polski do UE. Choć w wypadku wyżej wspomnianych towarów wzrost ten był zauważalny. Nominalna cena masła wzrosła bowiem od 2003 r. o 15 proc., a cukru - o ponad 20 proc.

Koniec rolnictwa
Konieczność zmian jest nieuchronna. Z punktu widzenia interesów świata nonsensem jest wypychać przez wysokie cła biedne kraje Trzeciego Świata z rynku żywnościowego, utrudniając im wzrost produkcji rolniczej, a jednocześnie darować im co pewien czas (gdy mija termin przydatności do spożycia) masę najdroższej w świecie żywności. Po prostu ziemia w Europie jest zbyt cenna, aby w dotychczasowej skali wykorzystywać ją rolniczo (nieco inna sytuacja jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie ziemi jest w bród). Ciężko pracujący Europejczycy muszą wykorzystywać ją rekreacyjnie - uprawiając turystykę, grając w golfa czy pławiąc się w SPA.
Proces ten będzie w miarę wzrostu zamożności dokonywał się także i w Polsce. Ale potrwa długie lata, co politykom Samoobrony i PSL wróży nie najgorzej.


Rolnik dotowany
subsydia dla rolnictwa
krajwysokość subsydiów w mld dolarówodsetek dochodów rolników
USA46,516%
UE53,932%
Szwajcaria5,868%
3,268Norwegia3,264%
Japonia48,256%
Korea Płd.22,963%
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany