Wencel gordyjski - Koktajl Putina

Wencel gordyjski - Koktajl Putina

Rozszerzenie definicji wódki zabije polską kulturę
Kiedy my kulturalnie debatowaliśmy o systemie liczenia głosów w Unii Europejskiej, Niemcy, jak zwykle, zaszli nas od tyłu i przyfandzolili nam z pancerfausta. Dzięki prowadzonemu przez nich lobbingowi eurodeputowani kilku krajów podważyli wyjątkowość naszego narodowego trunku i przegłosowali definicję, w myśl której wódką można nazywać nie tylko wysokoprocentowy napój produkowany ze zboża lub ziemniaków, ale też płyn powstały z obierek po bananach czy z pestek winogron. Wszyscy, którzy mają pojęcie o broni biologicznej, wiedzą, co to oznacza. Wkrótce nasz rynek zaleje tani alkohol z odpadów po cytrusach, którym będzie się można nawalić tak samo jak tradycyjną czyściochą. A ponieważ większość Polaków ma węża w kieszeni, produkcja oryginalnej wódki przestanie się opłacać i drastycznie spadnie. Choć rodzimi pijacy wciąż będą zasypiać na ławkach w parku, to w ich umysłach i sercach zaczną zachodzić procesy, które z czasem odbiorą nam nasz narodowy charakter.
"Wódka to tradycja i historia, daje nam poczucie swojskości. Zmiany w jej składzie spowodują wymywanie składników naszej tożsamości narodowej, którą częstokroć odnawiamy przy stole" - mówi w wywiadzie dla "Dziennika" antropolog kultury prof. Roch Sulima i ma rację. Kim byliby nasi bracia Węgrzy bez tradycyjnej palinki, nad którą można poczuć woń grusz i jabłoni, ujrzeć modrą toń Dunaju i usłyszeć stłumione dźwięki czardasza? Jak zachowywaliby się nasi bracia Czesi bez śliwowicy, która jest ekstraktem zachodów słońca i ciężkiej pracy na morawskich polach? I co się stanie z nami, jeśli przestaniemy spożywać trunek, w którym tkwią pola kartoflane i łany zboża, i kulawy bocian pośród wierzb płaczących? I rośnie procentowo duma narodowa, pompowana z krwią w najodleglejsze rejony organizmu.
Naiwnością jest sądzić, że po opróżnieniu butelki eurowódki Polacy nadal będą w pijackich omamach wyprawiać się na Kijów, gonić sokoły po stepach Ukrainy i wymachiwać kiszonym ogórkiem w stronę Brukseli i Berlina. Ci, którzy zasmakują w bananówce, zaczną raczej grać na bębnach i w koszykówkę, a amatorzy winogronówki staną się ateistami i racjonalistami jak nasi przyszywani bracia Francuzi. Czy nie o to chodziło Niemcom, kiedy montowali "wódczaną koalicję"? Nawet oni muszą przyznać, że to tajne porozumienie przypomina pakt Ribbentrop - Mołotow z 1939 r.
Oczywiście, rozszerzenie definicji wódki zabije nie tylko naszego ducha narodowego, ale i polską kulturę. "Znał ci ktoś poetę trzeźwego? Nie uczynił taki nic dobrego" - pisał przed wiekami mistrz Jan z Czarnolasu, który raczej nie gustował w odpadach z cytrusów. Wiedział z autopsji, że tylko tradycyjna polska wódka ze zboża lub ziemniaków jest w stanie rozbudzić poetycką wyobraźnię.
Historia naszej literatury nie pozostawia wątpliwości, dlaczego szklankę do wódki nazywamy literatką. Wystarczy wspomnieć o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim, który pewnego wieczoru miał wracać z przyjęcia w towarzystwie Juliana Przybosia. Pod którymś z drzew pijany Gałczyński nie wytrzymał i popłynął do Rygi. A kiedy już uporał się ze słabością, zawołał ze zgrozą: "Na miłość boską, zgubiłem protezę!". Obaj poeci przystąpili do kompleksowych poszukiwań i w końcu Przyboś triumfalnie wręczył zgubę właścicielowi. Uszczęśliwiony Gałczyński objął go i wyszeptał: "Julianie, dziś przekonałem się, że jesteś wielkim poetą!".
Ilu wielkich poetów stracimy, kiedy nasza wódka zostanie wyparta przez tanie produkty z Zachodu? O czym będzie pisał Jerzy Pilch? Na czym dorobią się następcy Janusza Palikota, którzy marzą o wystawianiu kontrowersyjnych happeningów? Jeśli banany i winogrona zwyciężą, jak jeden mąż staniemy się zniewieściali, przesadnie ugodowi wobec Zachodu i niezdolni do tworzenia arcydzieł.
Tymczasem Niemcy będą czerpać z Rosji prawdziwą wódkę. Rurociągiem pod Bałtykiem popłyną hektolitry Stolicznej, co umocni przyjaźń między naszymi odwiecznymi wrogami. A najbardziej ucieszy się z tego Władimir Putin, który upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu: najpierw odbierze nam godność za pomocą koktajlu z cytrusów, a później rozpije synów Goethego wódką przewodzącą rosyjski charakter. W efekcie Polacy przestaną wierzgać, a Niemcy zaczną mieć kłopoty z tożsamością jak w 1943 r. pod Stalingradem. Aż trudno uwierzyć, że polski rząd nie zdawał sobie z tego sprawy, przystępując do unijnych negocjacji. Trzeba było umierać za procenty, a nie za jakiś pierwiastek.


Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany