Macocha Europy

Macocha Europy

Niemcy były adwokatem Polski, a teraz stały się naszym prokuratorem
Przyszły traktat reformujący nie przyniesie jednak rzeczywistego postępu integracji. Brytyjskie opt-out w dziedzinie sądownictwa i spraw wewnętrznych, francuskie żądania usunięcia zapisów o konkurencyjności czy niemiecka walka o hegemonialną pozycję rozwiały mit wspólnego interesu europejskiego. Szczyt zainicjował za to tworzenie się nowego układu sił w Europie. Układu, w którym Polska po raz pierwszy od 300 lat ma szansę odgrywać kluczową rolę.

Nowe rozdanie
Przez ostatnich kilka lat wielkie państwa UE - Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Włochy - próbowały stworzyć dyrektoriat rządzący zjednoczoną Europą. Najważniejszym instrumentem w tym celu miała być tzw. eurokonstytucja. Dokument ten nie prowadził do obiektywnego pogłębienia integracji europejskiej, lecz przede wszystkim zwiększał realną władzę wielkich państw, m.in. przez bardzo korzystny podział głosów w najważniejszej instytucji - Radzie Ministrów UE. Polska jako jedyny kraj odważyła się na skuteczny sprzeciw, czemu w ujęciu strategicznym miała służyć propozycja wprowadzenia systemu pierwiastkowego. I na tym właśnie polega nasz rzeczywisty sukces.
Jako punkt wyjścia dla negocjacyjnej taktyki polska dyplomacja przyjęła wspólnotową praktykę legislacyjną. Zgodnie z traktatem ustanawiającym Wspólnotę Europejską, prawo inicjatywy ustawodawczej przysługuje wyłącznie Komisji Europejskiej. Jednak zanim jakiś projekt aktu zostanie przekazany do najważniejszego ciała decyzyjnego - Rady UE - komisja sonduje, czy ma on szansę na uchwalenie, czy może zostanie już na wstępie zablokowany. Dlatego w procesie decyzyjnym tak ważny jest tzw. próg blokujący. Na tym etapie dokonuje się właściwa eliminacja pozwalająca na kształtowanie linii unijnego porządku prawnego. Z tego również powodu w trakcie procesu legislacyjnego w większości wypadków decyzje podejmowane są jednomyślnie, mimo że mogłyby być podejmowane w trybie większościowego głosowania. Krótko mówiąc, z zasady uchwalenie aktu prawnego zależy od tego, czy zostanie on zablokowany, czy nie. Przekazanie go radzie najczęściej oznacza jego praktyczne uchwalenie.
Polska dyplomacja wysunęła jednoznaczne argumenty - z porównania rozwiązań nicejskich i standardu z traktatu konstytucyjnego widać wyraźnie, że zdolność blokująca Niemiec, największego państwa unii, nie ulega zasadniczej zmianie, ponieważ spada o dwa punkty procentowe - z 80 proc. do 78 proc. Oznacza to, że spośród wszystkich możliwych koalicji blokujących, aż w 78 proc. potrzebne są Niemcy. Tymczasem zdolność blokowania decyzji rady przez państwa średniej wielkości, takie jak Polska, zmniejsza się przy porównaniu obu procedur średnio o połowę - z ok. 30 proc. do ok. 15 proc. Wniosek jest prosty - przy zachowaniu eurokonstytucyjnego systemu podejmowania decyzji możliwe byłoby narzucenie państwom UE aktu prawnego przez największe państwa. Wystarczyłoby, gdyby porozumiały się trzy z czterech największych państw unijnych i uzgodniły swoje stanowisko z dowolnym czwartym krajem, by zablokować każdy akt prawny. Średnie kraje byłyby pozbawione mocy blokowania.
Kompromis polegający na przedłużeniu w praktyce o najbliższe 10 lat systemu nicejskiego wydaje się bardzo korzystny. Przez najbliższą dekadę Polska będzie mieć pozycję silniejszą niż pod rządem systemu pierwiastkowego czy eurokonstytucji. Warszawa zyskała w ten sposób czas, w którym polska dyplomacja musi zapewnić sobie inne sposoby silnego wpływu na decyzje w UE, na przykład przez budowę grupy partnerów gotowych na koalicję z nami.

Z podniesionym czołem
Polski sprzeciw wobec dyrektoriatu europejskiego to bardzo poważna decyzja. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że prezydent Francji Nicolas Sarkozy dawał do zrozumienia, że widziałby Polskę w składzie takiej nieformalnej grupy zarządzającej Europą. Do szczytu w Brukseli nie było jasne, jak Polska odnosi się do propozycji Sarkozy'ego. Dziś przekroczyliśmy polityczny Rubikon. Naszymi najważniejszymi partnerami w UE będą kraje małe i średnie.
Dlaczego jednak Słowacja, Węgry czy Portugalia nie poparły nas w negocjacyjnym boju? Nasi dyplomaci odpowiadają na to, zastrzegając sobie anonimowość. Podkreślają, że duże kraje trzymają małe państwa w ekonomicznym szachu. Wskazują na przykład na Węgry mające poważne kłopoty budżetowe i w zależności od widzimisię wielkich mogą mieć kłopoty z unijnymi dotacjami. Tłumaczą też Rumunię, na którą niezwykle silną presję wywiera Paryż, ostrzegając Bukareszt, że został członkiem UE niejako na wyrost. Innym nie trzeba było nawet szantażu. Wystarczył jednoznaczny sygnał lub po prostu obawa przed poważnym konfliktem z Niemcami.
Polska się tego nie bała. Zachowała się jak kraj, który ma pozycję Włoch czy Wielkiej Brytanii. I to okazało się nie do zaakceptowania przez Niemcy, które zgodziły się uwzględnić bez zbędnych dyskusji całą litanię eurosceptycznych zastrzeżeń Londynu, a stoczyły wielką batalię przeciwko jednemu postulatowi Warszawy. Powodem nie był jednak sam fakt, że propozycja polska nie była tak korzystna dla Niemiec jak tzw. projekt eurokonstytucyjny. To dwustronne spięcie wyraźnie pokazało, że problemem naszych dwustronnych relacji jest nadal niemiecka mentalność i tkwiące w niej postkolonialne refleksy wobec Warszawy. Ponad 3 lata od uzyskania przez Polskę członkostwa w UE, ponad 15 lat od zawarcia traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy, 60 lat od zakończenia II wojny światowej czy wreszcie niemal 100 lat od zakończenia zaborów Polski Niemcy ciągle nie są w stanie traktować Polaków w sposób partnerski. Nie potrafią dostrzec, że Polska ma własne ambicje i chce być w polityce europejskiej podmiotem.

Krokodyle łzy Niemiec
Przygotowania, a następnie sam szczyt pokazują jedno: kryzys w stosunkach polsko- niemieckich nie jest wcale efektem zmiany ekipy rządzącej przed dwoma laty. Bezpośrednio przed spotkaniem w Brukseli niemieccy politycy oraz media przypuściły frontalny atak na Polskę. Jego celem miało być zdyskredytowanie Polaków, a przez to wymuszenie rezygnacji z wniosku o włączenie do agendy konferencji międzyrządowej sprawy systemu głosowania. O pełnej premedytacji i przemyślanej strategii działania świadczą dwie kwestie. Po pierwsze, usunięcie z forum dyskusyjnego kanclerz Merkel, dla której zaplanowano na szczycie rolę "dobrego policjanta", a zaangażowanie szeregu niemieckich polityków. Po drugie, nadanie tej akcji "europejskiego szlifu" dzięki ucieczce do europejskich argumentów i włączeniu w spór brukselskich urzędników.
W przygotowanym przeciwko Polsce "plutonie egzekucyjnym" umieszczono niemieckie armaty największego politycznego kalibru - przewodniczącego PE Hansa- -Gerta Pötteringa, przewodniczącego frakcji socjaldemokratów w PE Martina Schulza czy Silvanę Koch-Mehrin, wiceprzewodniczącą frakcji Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy w PE. Prowadzona kampania nie dotyczyła jednak meritum sporu - systemu ważenia głosów. Sprowadzała się natomiast do absurdalnych gróźb politycznych (na przykład stworzenia Europy dwóch prędkości) i ocen sposobu sprawowania władzy przez polski rząd. Inwektywy typu "polska paranoja" i "bezczelność" należały tu do najlżejszych. Wylewano przy tym cysterny krokodylich łez nad brakiem poczucia europejskiej solidarności ze strony polskiego rządu i negatywnymi skutkami takiego postępowania dla Warszawy. Szczególnie wart podkreślenia jest fakt, że politycy RFN - państwa, które w swym systemie prawnym nie daje obywatelom prawa do wypowiadania się w trybie referendum - uznali, że ta formuła demokracji bezpośredniej powinna być zastosowana w Polsce. Skrytykowali brak mandatu politycznego rządu polskiego ze względu na jego niereprezentatywność. Idąc śladem Rosji, sprowadzono też oczekiwania Warszawy do polskiej germanofobii i megalomanii. Jako zarzut eksponowano też polską pamięć o martyrologii naszego narodu i niemieckich zbrodniach.
W walce o nadrzędną pozycję Berlina kanclerz Merkel uciekła się nawet do groźby zwołania konferencji międzyrządowej bez Polski, argumentu tak samo pokrętnego jak nierealnego - w każdym niemieckim komentarzu do art. 48 traktatu o UE znajdziemy zapis, że do zwołania konferencji międzyrządowej potrzebna jest jednomyślna decyzja Rady UE.

Na ratunek Europie
Wbrew pozorom decyzje podjęte w sobotę 23 czerwca nad ranem nie kończą wielkiej gry europejskiej, lecz ją zaczynają. Unia potrzebuje faktycznych reform. Jej przyszłość nie będzie zależała od podziału władzy, lecz od tego, czy uda jej się przeprowadzić tak wielkie projekty, jak wspólna polityka energetyczna, pełna liberalizacja rynku wewnętrznego i usług oraz rzeczywista wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa.
Dla Polski szczyt w Brukseli oznacza wytyczenie jasnego kierunku polityki europejskiej. Po pierwsze, Polska jest pierwszym krajem, który zwrócił uwagę na podmywanie przez wielkie kraje fundamentów jednoczącej się Europy. Brak równowagi między krajami dużymi i małymi w wyniku wprowadzenia systemu podwójnej większości usprawni może podejmowanie decyzji przez wielkich. W dłuższej perspektywie jednak zagrozi spoistości unii, ponieważ w pewnym momencie frustracja krajów małych przezwycięży ich strach przed wielkimi. Po drugie, Polska w unii będzie rzecznikiem państw małych, a to oznacza, że musimy zaktywizować naszą dyplomację przede wszystkim w kierunku południowym. Tam bowiem znajduje się największa liczba naszych potencjalnych partnerów. Po trzecie wreszcie, nasz najważniejszy partner na Zachodzie z naszego adwokata stał się naszym prokuratorem.
Kryzys w stosunkach polsko-niemieckich dojrzał na tyle, że można już postawić właściwą diagnozę. Problemem w stosunkach z Niemcami jest ich niezdolność do traktowania Polaków jako rzeczywistych politycznych partnerów. Niestety, zmiany w sposobie postrzegania Polski przez Niemców następują bardzo powoli. Dowodzą tego badania opinii publicznej. Konieczny jest w Niemczech polityk wielkiego formatu, który odrzuci kompleksy i przekona do tego również współobywateli. Na razie, niestety, nikogo takiego nie widać.

Kompromis brukselski
Nowy traktat reformujący ma zostać przyjęty przez konferencję międzyrządową (IGC) do końca 2007 r. Zastąpi odrzuconą przez Francję i Holandię eurokonstytucję. Do 2014 r. będą obowiązywały dotychczasowe, korzystne dla Polski zasady głosowania w Radzie UE, które przewiduje traktat z Nicei. Dopiero wtedy zacznie obowiązywać system podwójnej większości państw (55 proc.) i obywateli (65 proc.). Przez trzy kolejne lata, do 2017 r., każdy kraj będzie mógł zażądać głosowania w systemie nicejskim.
Dodatkowo będzie obowiązywał wzmocniony tzw. kompromis z Joaniny - hamulec bezpieczeństwa, który pozwala na odwlekanie podejmowania decyzji w radzie. Mechanizm może zostać użyty, jeśli wystąpią o to kraje reprezentujące co najmniej 19 proc. ludności UE - tyle, ile dziś mają na przykład łącznie Polska i Francja. Eurokonstytucja przewidywała pułap 26,25 proc.
Nowy traktat zachowa najważniejsze postanowienia instytucjonalne eurokonstytucji. Chodzi o wprowadzenie stanowiska przewodniczącego UE (kadencja 2,5 roku), zredukowanie składu Komisji Europejskiej do 18 członków oraz o jednolitą osobowość prawną UE, a także stanowisko wysokiego przedstawiciela Unii Europejskiej, którego początkowo planowano nazywać ministrem spraw zagranicznych. Ostatecznie, by nie sugerować, że UE jest superpaństwem, odstąpiono w traktacie od tej nazwy, jak też od unijnych symboli, takich jak flaga i hymn ("Oda do radości" Beethovena).

"Wprost globalny"
Na okładce niemieckiego tygodnika "Der Spiegel" Lech i Jarosław Kaczyński siedzą okrakiem na kanclerz Niemiec Angeli Merkel. Towarzyszy temu podpis: "Nielubiani sąsiedzi. Jak Polacy denerwują Europę". Rysunek w oczywisty sposób nawiązuje do okładki "Wprost" przedstawiającej Erikę Steinbach w nazistowskim mundurze dosiadającą kanclerza Gerharda Schrödera ("Niemiecki koń trojański", nr 38/2003). Wywołała ona w Niemczech duży oddźwięk - odniósł się do niej m.in. sam kanclerz. Trafiła też na wystawę "Wojna i jej skutki" w Niemieckim Muzeum Historycznym.
Nie była to jedyna okładka "Wprost", która zyskała międzynarodowy rozgłos. "Der Spiegel" poza okładką ze Steinbach i Schröderem przypomniał tę przedstawiającą byłego kanclerza z prezydentem Rosji Władimirem Putinem ("Gazowe okrążenie Polski", nr 27/2005). Za granicą głośno było o "Wprost" również po okładce z prezydentem Aleksandrem Łukaszenką ("Tyranienko Białorusi", nr 31/2005). Łukaszenka wyglądał na niej jak klaun i ubrany był w beret z czerwoną gwiazdą. W kilkudziesięciu krajach komentowana była też akcja "Wprost" z pocztówką zaadresowaną do prezydenta Rosji. Dołączyliśmy ją do numeru 20/2005 z gotowym tekstem (w języku polskim i rosyjskim), wyrażającym protest przeciwko fałszowaniu historii przez Władimira Putina. Pocztówka przedstawiała satyryczny wizerunek Putina z podpisem "Z pozdrowieniami dla Putinokia". (RP)


Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany