Przełom bez przełomu

Przełom bez przełomu

Niemiecka prezydencja w unii: dużo w małych sprawach, mało w dużych
Jeśli nie teraz, to kiedy? Jeśli nie Merkel, to kto? - pytali niemieccy euroentuzjaści po wyborze następczyni kanclerza Gerharda Schrödera. Gdy wyśmiewana przez kabarety "dziewczynka Kohla" przejęła rządowy ster, Unia Europejska znajdowała się w politycznym klinczu. Niemiecko-francuski projekt eurokonstytucji trafił do kosza, stosunki RFN z USA sięgnęły dna, a najlepszym przyjacielem Berlina okazał się dawny agent KGB w Dreźnie, dziś prezydent Rosji Władimir Putin. Nowa kanclerz Niemiec objęła w styczniu przewodnictwo w grupie G-8 i UE. Z kciukiem uniesionym w górę ostro zabrała się do ocieplenia relacji z USA i wytyczania nowych dróg dla Europy.

Sklejanie wspólnoty
"Teraz, gdy Schröder kasuje od Putina czeki na grube sumy, nazwałbym go polityczną prostytutką, ale nie mogę, bo prostytutki w mym okręgu wyborczym poczułyby się obrażone" - tak poprzedniego szefa rządu RFN oceniał Tom Lantos, szef Komisji ds. Zagranicznych Kongresu USA. Relacje niemiecko-amerykańskie trzeba było budować od podstaw. Wyrwanie trawy porosłej na transatlantyckim moście przyszło Merkel o tyle łatwiej, że Waszyngton czekał na zmianę postawy Berlina. Po upichceniu dziczyzny na grillu w meklemburskim Trinwillershagen i kilku wizytach szefowej rządu RFN w Białym Domu, Niemcy znów są nazywane przez George'a Busha "najważniejszym partnerem strategicznym USA w Europie". Na szczycie G-8 w Heiligendamm prezydent dał się nawet namówić przez ulubioną Angi do uznania raportu ONZ o zmianach klimatycznych za prawdziwy i obiecał współpracę w redukcji emisji gazów cieplarnianych.
Pod batutą Angeli Merkel Niemcy zwiększyły pomoc wojskową w Afganistanie, wybrzeże Libanu patrolują fregaty Bundesmarine "Mecklenburg-Vorpommern" i "Karlsruhe". Berlin stara się utemperować atomowe ambicje Iranu i nie krytykuje zamiaru budowy tarczy antyrakietowej w Europie. O wiele trudniej przychodzi Merkel posklejanie podziałów w Unii Europejskiej, pozostawionych w spadku przez niemiecko-francuski tandem.
Choć w marcu 2007 r. Europa obchodziła 50-lecie traktatów rzymskich, euforii nie było. Na jubileuszowej fecie w Berlinie wspólnota 27 państw zadeklarowała chęć pogłębiania integracji. Każde państwo widzi to jednak inaczej. Jedni chcieliby budowy Stanów Zjednoczonych Europy i instytucjonalnego wzmocnienia UE z granicą wschodnią na Bugu, inni woleliby ją wytyczyć za Donieckiem, po wcieleniu do wspólnoty Ukrainy, Mołdawii i Białorusi. Merkel postawiła sobie ambitny cel pogodzenia przeciwieństw. Chce ekshumacji eurokonstytucji, aby ów dokument zaczął obowiązywać przed unijnymi wyborami w 2009 r., uregulowania relacji UE z Rosją, w tym podpisania tzw. karty energetycznej.

Dialog z labradorką
Nowe porozumienie z Rosją okazało się trudne. Chłodem powiało już na styczniowym spotkaniu Merkel z Putinem w Soczi. Prezydent Rosji wpuścił do sali kominkowej swą czarną labradorkę, choć dobrze wiedział, że kanclerz była kiedyś pogryziona przez psa i ma uraz do czworonogów. Suka Conny urosła do rangi symbolu ich dialogu: Rosjanie chcieli rozmawiać wyłącznie o inwestycjach energetycznych w Europie, ale Merkel, ku irytacji Putina, nie omieszkała nawiązać do problemów z dostawami surowców na Ukrainę i Białoruś, embarga na polskie mięso, szykanowania rosyjskiej opozycji i zabójstwa Anny Politowskiej, dziennikarki krytycznej wobec Kremla.
Podobny przebieg miał majowy szczyt UE i Rosji w Utiosie Nadwołżańskim pod Samarą, gdzie doszło wręcz do wojny na słowa między Putinem a szefem Komisji Europejskiej José Manuelem Barroso, komisarz ds. stosunków zewnętrznych Benitą Ferrero-Waldner oraz szefową rządu Niemiec. Merkel dowiodła, że nie podziela rusofilskiego zaślepienia Schrödera. Choć Putin robił dobrą minę i głosił, że Rosja i unia dogadały się "we wszystkich sprawach z wyjątkiem kwestii wynikających z gospodarczego egoizmu jednego z państw UE", nie miał złudzeń, iż stracił w Berlinie rzecznika swoich interesów. Pozwolił sobie nawet na kąśliwą dygresję na temat "występowania niemieckiej kanclerz w imieniu Polaków". Merkel zignorowała jego naciski, by pominąć na szczycie w Utiosie kwestię blokady importu polskiego mięsa. Także Barroso uzmysłowił gospodarzowi, że kłopoty Polski traktuje jako "problem całej unii". Nic więc dziwnego, że polscy politycy z lewa i prawa pozytywnie oceniają prezydencję RFN.
- Kanclerz umiała się sprzeciwić coraz bardziej agresywnej polityce Moskwy i nie szukała kompromisu za wszelką cenę - ocenia europoseł Dariusz Rosati. Podobnego zdania jest Jacek Saryusz-Wolski, który docenia, że "Niemcy wykazały europejską solidarność". W kwestii eurokonstytucji jest już bardziej sceptyczny. - Doszło do kolizji między rolą Niemiec podczas prezydencji w UE, która powinna polegać na mediowaniu i szukaniu kompromisu, a ich własnym interesem jako największego kraju członkowskiego - komentuje Saryusz-Wolski. - Niemcy tak bardzo chciały doprowadzić do przyjęcia systemu podwójnego liczenia głosów i w konsekwencji wzrostu własnych wpływów, że zapomniały o obowiązku szukania wspólnego rozwiązania - ocenia były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego. Choć Merkel zachowała powściągliwość w krytykowaniu Polski, uznanej przez media w RFN za głównego hamulcowego projektu podwójnej większości, wielu polityków postawiło ciężkie zarzuty o rzekomej antyniemieckości rządu w Warszawie. Hans-Gert Pöttering, partyjny kolega Merkel na stanowisku szefa Parlamentu Europejskiego, posunął się nawet do melodramatycznej konstatacji: "Ciężko jest patrzeć na śmierć przyjaciela."

Diabeł w szczegółach
Przezwyciężenie impasu konstytucyjnego unii okazało się jedynym sukcesem Niemiec. Forma i treść eurokonstytucji po liftingu zostają sprawą otwartą. Tak samo jak nowy układ o współpracy UE z Rosją, w tym problem zaopatrzenia energetycznego i dywersyfikacji dostaw surowcowych. Portugalczykom, którzy przejmują prezydencję od Niemców, zostanie sporo do zrobienia: nadzór nad procesem uniezależniania się Kosowa, negocjacje akcesyjne z Chorwacją, a przede wszystkim budząca wielkie kontrowersje (zwłaszcza w Niemczech) kwestia przyjęcia Turcji do UE.
Chociaż Niemcy nie zrealizowały w pełni swych zamiarów, udało im się załatwić sporo mniej efektownych spraw: od wewnątrzunijnego porozumienia o obniżeniu emisji dwutlenku węgla i promowaniu tzw. energii odnawialnej, przez ograniczenie opłat pobieranych za rozmowy telefoniczne za granicą (roaming), po ujednolicenie prawa cywilnego. Oceniając niemiecką prezydencję, prof. Peter Ludlow, wykładowca Uniwersytetu w Michigan, ustawia kciuk w pozycji poziomej: - Niemcy trzeba szanować za determinację i pracowitość. Podczas swej prezydencji przypuściły szturm na wszelkich możliwych polach polityki europejskiej. Można było przewidzieć, że nie uda im się odnieść pełnego zwycięstwa, ale przy tak ambitnych planach to normalne.
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany