Ucieczka posłów

Ucieczka posłów

Eurodeputowany będzie zarabiał - 42 tysiące złotych
Partie mogą mieć problem ze znalezieniem chętnych do kandydowania do Sejmu. Powód? Bycie posłem po prostu przestanie się opłacać. Równolegle odbędą się bowiem wybory do Parlamentu Europejskiego, który przygotował dla deputowanych następnej kadencji niespodziankę: podwyżkę pensji o ponad 200 proc. Europosłowie co miesiąc będą otrzymywać 42 tys. zł (z dietami), podczas gdy ich partyjni koledzy w Sejmie nadal będą zarabiać "marne" 12 tys. zł. Do tego dojdzie jeszcze ponad 60 tys. zł na utrzymanie biur i służbowe przejazdy. Już teraz wielu przebiera nogami, żeby kandydować do europarlamentu. Ponadpartyjne parcie na Brukselę i Strasburg potwierdza eurodeputowany Samoobrony Ryszard Czarnecki: - Słyszałem o bardzo wielu politykach wszystkich opcji, którzy za dwa lata będą chcieli zamienić Wiejską na Parlament Europejski.

Ordynacja partyjna
Sytuacja, w której europoseł będzie najlepiej opłacanym politykiem w Polsce, kusi liderów wszystkich partii. Także koalicyjnych, które prawdopodobnie ułatwią swoim przedstawicielom karierę w Brukseli. Jak się dowiedział "Wprost", koalicjanci porozumieli się nawet w sprawie sposobu zapobieżenia wewnątrzpartyjnym wojnom o miejsca na listach wyborczych do PE. Ten sposób to nowa ordynacja. - Poparcie dla niej będzie prawdopodobnie zagwarantowane w aneksie do umowy koalicyjnej - potwierdza Krzysztof Filipek, reprezentant Samoobrony w kancelarii premiera. - Pomysł jest PiS-owski, ale zarówno my, jak i LPR go popieramy - dodaje w rozmowie z "Wprost" wicepremier Andrzej Lepper.
W myśl przygotowywanej przez PiS nowej ordynacji do europarlamentu, Polska ma być jednym wielkim okręgiem wyborczym. Oznacza to, że mieszkańcy Rzeszowa i Szczecina będą głosować na tę samą listę. Kolejność osób na liście będą ustalać partyjne centrale. Koalicjanci chcą pójść jeszcze dalej: rozważają umieszczenie w nowej ordynacji przepisu, w myśl którego będziemy głosować nie na osobę, ale na partię. De facto od decyzji partyjnych liderów będzie więc zależało, kto zdobędzie mandat. - Taka ordynacja ma dużo plusów. Dzięki niej ugrupowania delegują do PE najlepszych specjalistów. Poza tym zapobiegnie to sytuacji, w której Warszawa ma kilku deputowanych, a Olsztyn i Elbląg ledwie jednego - wylicza zalety koalicyjnego pomysłu Ryszard Czarnecki. Przeciwnego zdania jest inny eurodeputowany Paweł Piskorski. - Taka ordynacja jest skandaliczna, bo czyni z wyborów fikcję i odbiera ludziom wpływ to, kto zdobędzie mandat - oburza się Piskorski. Taki "skandaliczny" model obowiązuje w małych krajach Unii Europejskiej, m.in. w Holandii i Słowenii. Jedynym większym państwem, w którym głos oddaje się na partyjną listę, a nie na kandydata, jest Hiszpania. Reszta dużych państw członkowskich podzielona jest na okręgi wyborcze. W Niemczech na przykład pokrywają się one z landami.

Czapka z piórkiem Tuska
Na razie nie wiadomo, co o zmianie ordynacji do PE myślą politycy PO. Mimo że politycy koalicji twierdzą, iż Donald Tusk dogadał się z PiS i jest gotów poprzeć głosowanie na partyjne listy, to eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski zapewnia, że PO nie podjęła jeszcze decyzji. Inny z polityków platformy dodaje: - Głosowanie na listę, a nie osobę, jest przeciwieństwem okręgów jednomandatowych, które były kiedyś naszym sztandarowym hasłem. Poparcie tej inicjatywy oznaczałoby, że zjadamy naszą czapkę z piórkiem. Nie wierzę, by Tusk mógł głosować za czymś takim.
Koalicja jest jednak w stanie uchwalić nową ordynację także bez platformy. I chyba to zrobi, bo determinacji jej politykom nie brakuje. - Szczególnie tym z Samoobrony. Na urodzinach Leppera słyszałem, że do Parlamentu Europejskiego wybiera się cała wierchuszka z Januszem Maksymiukiem i Krzysztofem Filipkiem na czele - mówi nasz informator z Samoobrony. Oficjalnie jednak żaden z nich nie chce się do tego przyznać. - Gdybym znał język, może i bym się odważył. Ale tak to raczej nie będę się wygłupiał - mówi "Wprost" Maksymiuk.
Bruksela kusi też polityków PiS. Nasi rozmówcy twierdzą, że o karierze europosła myślą m.in. świeżo upieczony wiceprezes partii i szef komisji spraw zagranicznych Paweł Zalewski, przewodniczący komisji ds. UE Karol Karski i wiceminister edukacji Sławomir Kłosowski. - Faktycznie o tym myślałem, ale jeszcze za wcześnie, by podejmować jakiekolwiek decyzje. Tym bardziej że Parlament Europejski to bardzo specyficzne miejsce. Obawiam się, że eurodeputowani mają taki wpływ na to, co się dzieje w ich kraju, jak radni dzielnicy w Warszawie - żartuje Karski.
Giełda wirtualnych kandydatów do PE ruszyła także w SLD. Najczęściej pojawiają się na niej nazwiska obecnego przewodniczącego klubu sojuszu Jerzego Szmajdzińskego, ekspremiera Leszka Millera, byłej szefowej Kancelarii Prezydenta Jolanty Szymanek-Deresz i posła Tadeusza Iwińskiego. Z kariery w Brukseli nie chce też rezygnować chyba żaden z obecnych deputowanych. - Pieniądze są dobre, kadencja o rok dłuższa niż w Sejmie, nie ma ryzyka przyspieszonych wyborów, a warunki pracy wprost idealne - każdy ma sztab współpracowników i własne biuro - wylicza jeden z europosłów.

Oszczędny jak europoseł
Ile będzie zarabiał europoseł? Poza pensją, która od przyszłej kadencji będzie wynosić 27 tys. zł brutto, deputowanym przysługuje dieta w wysokości 1 tys. zł za każdy dzień pracy w Brukseli lub Strasburgu. Przeciętnie deputowany spędza tam 15 dni w miesiącu, co oznacza dodatkowe 15 tys. zł. Każdy dostaje także co miesiąc ok. 14 tys. zł na utrzymanie biur i przejazdy krajowe. Kolejne 47 tys. zł europosłowie dostają na pensje dla swoich asystentów i współpracowników. Istotnym źródłem dochodów deputowanych jest rozliczanie kosztów podróży z Polski do Belgii lub Francji i z powrotem. Te trasę trzeba pokonać średnio cztery razy w tygodniu. A za każde jej przebycie PE zwraca politykom pieniądze. - Prawie wszyscy latają tanimi liniami, a ryczałt pozwala na wykupienie biletu w klasie ekonomicznej - przyznaje jeden z europosłów. Mimo że większości udaje się na tym ryczałcie zarobić, to byli i tacy, którzy musieli dokładać. Taka sytuacja przydarzyła się Bronisławowi Geremkowi, który był przyzwyczajony do latania klasą biznesową. Był przekonany, że takie standardy panują także w europarlamencie i razem z asystentem podróżował w najdroższej klasie. Przy rozliczeniu musiał więc za ten luksus dopłacić z własnej kieszeni.
Są i tacy, którzy nie latają samolotami. Ich zdaniem, na ryczałcie za benzynę można więcej zaoszczędzić. Rekordzistą w tej dziedzinie jest jeden z europosłów PiS. Nie dość, że często przyjeżdża do Brukseli samochodem, co wydłuża jego podróż o kilkanaście godzin, to jeszcze stara się jechać z prędkością 90 km/h. - Obliczył sobie, że przy tej prędkości jest najmniejsze spalanie - żartuje jeden z jego kolegów.
Paradoksalnie na podwyżce pensji w Parlamencie Europejskim zyskają nie tylko eurodeputowani, ale i polski budżet. Do tej pory bowiem koszty wynagrodzeń pokrywał Sejm, a od przyszłej kadencji ten ciężar weźmie na siebie PE. Oznacza to, że tych, którzy dziś są posłami, ale dla pieniędzy chcą zrejterować do Brukseli, będzie utrzymywać unia. Pytanie tylko, czy zdrowa jest sytuacja, w której europoseł będzie zarabiał trzy razy więcej niż minister, dwa i pół razy więcej niż premier i półtora raza więcej niż prezydent.
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany