Bunt odmieńców

Bunt odmieńców

Gej, transwestyta i Murzyn z getta walczą o uznanie swej odmienności w najnowszym "Shreku"
Jest jednym z najpopularniejszych filmowych bohaterów wszech czasów - obok Harry'ego Pottera i Spider-Mana. Choć Shrek jest potworem, w dodatku animowanym, wydaje się najbardziej ludzki i wiarygodny z setek bohaterów, jakich wyprodukowało kino w ostatnim półwieczu. Szkoda, że w filmie, który weźmie szturmem ekrany polskich kin, prawie go nie ma.

Shrek, czyli Steig
Shrek przypomina trochę dzieło profesora Frankensteina. Nie tylko dlatego, że jest potworem o ludzkim sercu, ale też dlatego, że jest poskładany z kawałków innych bohaterów. Już wygląd ma "składankowy". Jest w nim trochę potworowatego Dzwonnika z Notre Dame, otyłego słonika Jumbo, Brzydkiego Kaczątka, Forresta Gumpa, Lynchowskiego Człowieka-Słonia itd. Nic dziwnego - swoje pomysły do tej postaci dokładało aż ośmiu scenarzystów. Ale sama postać i charakter głównego bohatera to "produkt" bardzo spójny i konsekwentny. Może dlatego, że to postać z bajki szlifowanej podczas opowiadania jej dzieciom na dobranoc.
Bajkę napisał w 1990 r. William Steig, syn żydowskich emigrantów z Polski. Steig przez lata był wziętym rysownikiem m.in. w "New York Timesie" i miał identyczne poczucie humoru jak Shrek. To imię wywodzi się od słowa w jidysz oznaczającego "strach, terror". Steig za prawo do postaci ze swojej książki dostał pół miliona dolarów, po czym zmarł - w bajkowym wieku 97 lat. Od dzieciństwa był owładnięty miłością do Pinokia - drewnianej lalki, która chciała się stać "prawdziwym chłopcem". Czy to nam czegoś nie przypomina?

Wyobcowany odmieniec
Shrek to opowieść o pominiętym i wyobcowanym, czyli - po części - o każdym z nas. Bohater animacji jest przede wszystkim potworem i brzydactwem i za wszelką cenę chce przestać nim być. Nie żyje w społeczności innych ogrów, gdzie oczywiście byłby uznany za zupełnie normalnego, ale blisko ludzi, którym w oczy rzuca się przede wszystkim jego fatalny, budzący grozę i obrzydzenie wygląd. Nikogo natomiast nie interesuje jego dobre serce. Odrzucają go za jego inność. Shrek na co dzień spotyka się z niechęcią, więc zamyka się w skorupie gbura i chama: skoro świat mnie nie lubi, to ja jego też nie cierpię! Chcą mieć potwora? No to będą go mieli! Staje się klinicznym wprost przypadkiem mi-zantropa. W filmie obowiązuje żelazna zasada: wszyscy ludzie są idiotami i są źli. Dobrzy są tylko inni odmieńcy (Osioł, który mówi, Kot w Butach, Pinokio, Trzy świnki itd.). Brzydota Shreka jest więc metaforą "inności nie do zaakceptowania". W "głębokim i realistycznym" filmie polskiego reżysera byłaby to pewnie jakaś choroba, wrodzona ułomność bądź przynależność do "modnej" mniejszości. W amerykańskiej animacji wystarczy zielony ogr - i wszystko jasne.
Nasz bohater jest samotnikiem z konieczności, ale w jego życiu dokonuje się cud. Przenika do ludzi, żyje wśród nich, a oni w końcu w pełni akceptują jego odmienność. Chwyta nadarzającą się okazję, wykazuje się odwagą, mądrością, przenikliwością, sercem, zdobywa miłość życia i wreszcie - akceptację. Ale pozostając sobą, to znaczy ogrem. Tak więc inność zostaje zaakceptowana. Tak też brzmi przesłanie filmu: każdy z nas potrzebuje akceptacji i uznania. To się nam należy. Naiwne? Ale scenarzyści doskonale wiedzą, co robią. Pamiętają, że współczesny człowiek jest narażony przede wszystkim na brak akceptacji. Cierpi, bo ma gorszy samochód, gorsze mieszkanie, gorszą pracę, brzydszą dziewczynę (chłopaka), za duży brzuch, za małe piersi, jest na coś za stary, gorzej urodzony, wykształcony, nie zna angielskiego, Windowsa itd. Pozostaje wykluczony.

Pinokio jak Michael Jackson
"Wykluczonego" scenarzyści obrali sobie za bohatera. Przecież to jemu będą kibicować miliony widzów na całym świecie, którzy poczucie wykluczenia znają z własnego życia. Tak się rzeczywiście stało, Shrek zdobył ukochaną kobietę, akceptację otoczenia. Satysfakcja widzów jest pełna. Ale przecież to dopiero pierwsza część. Musi powstać druga, a potem trzecia i czwarta. I tu pojawia się problem, bo Shrek już osiągnął nirwanę. Czym tu się jeszcze emocjonować? Wizytą u teściów? Ale i na to znalazł się sposób.
W kolejnych odcinkach zasada "wykluczony" walczy o swoje została utrzymana. Walczą już jednak inni bohaterowie. Osioł, czego nie słychać w polskim tłumaczeniu, jest Murzynem. Mówi murzyńskim slangiem Eddiego Murphy'ego, który z kolei mówi głosem gliniarza z Beverly Hills. Jest kwintesencją murzyńskości z naczelną cechą, że wszystko mu się kojarzy z seksem. Do tego Kot w Butach, który jest z kolei Latynosem. Mówi karykaturalną hiszpańszczyzną największego macho Hollywoodu - Antonio Banderasa. Symbolu latin lovera. Jest to oczywiście ukłon w stronę wykluczonej mniejszości afroamerykańskiej i latynoamerykańskiej. I tak dalej.
Okazuje się że Pinokio (wykapany Michael Jackson) jest gejem, Zły Wilk chodzi w damskich łaszkach zjedzonej babci, pojawia się też "uroczy" barman transwestyta. I cała ta rasowo-seksualna mniejszość daje łupnia pięknym "normalsom". W najnowszym odcinku ta czereda zostaje poszerzona. Jest naćpany stary hipis, który nie umie powrócić ze społecznego marginesu, i Książę z Bajki - kwintesencja mściwego, ambitnego i pięknego nieudacznika.
A sam Shrek? Został kompletnie upupiony. Stał się nudnym, podtatusiałym mieszczuchem w miękkich kapciach. W dodatku panicznie boi się zostać ojcem. Czy warto było akceptować takiego fajtłapę? Można się obawiać, co będzie w części czwartej.


Rozmowa z Antonio Banderasem - w anglojęzycznej wersji filmu jego głosem mówi Kot w Butach

- Pański Kot to specyficzny outsider. Wydaje mu się, że jest Bóg wie kim, a tymczasem to straszny bufon, który zniechęca do siebie wszystkich wokół.
- To przez niedopasowanie. Zachowuje się tak, jakby się nigdy nie przeglądał w lustrze. Gdyby jednak kiedyś na siebie spojrzał, to musiałby chyba zacząć chodzić do psychiatry. Poszliśmy tym tropem. I ja wygrywam tę dysharmonię. Kot ma małe ciałko, więc powinien mieć cienki głos. Robię jednak coś odwrotnego. Kot ma "większy" głos niż on sam.
- W "Shreku" są sami niedopasowani.
- Bo to film o subkulturach. O ludziach, którzy uparli się, żeby pozostać na marginesie społeczeństwa. Ale jednocześnie domagają się, żeby społeczeństwo, z którym im nie po drodze, kochało ich. A przynajmniej akceptowało.
- Ma pan niezły dorobek w "poważnym" aktorstwie. Zależało panu na tej roli?
- Zawsze lubiłem ryzyko. Kiedy kręciliśmy w latach 80. filmy z Pedro Almodóvarem, wszyscy stukali się w czoło. Kto to obejrzy? Te pięć naszych wspólnych filmów uchodzi teraz za klasykę. A poza tym - nie jestem aktorem, który powie: "Oj, nie zagram tego, bo to może mieć wpływ na moją karierę". Mam gdzieś moją karierę.
Rozmawiał Roman Rogowiecki

Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany