Koniec zapylania

Koniec zapylania

Amerykańskie pasieki straciły trzy czwarte pszczół
Królowa, trochę pszczelich larw i mnóstwo pokarmu - to znajdują często pszczelarze w Stanach Zjednoczonych, sprawdzając ule. Nie ma strażniczek ani robotnic, zniknęły trutnie. To największa plaga wśród pszczół w ostatnich latach. Do tej pory, jeśli pasieka pustoszała, wokół uli znajdowano martwe owady. Dziś nie ma po nich śladu. Prof. Jerry Bromenshenk z University of Montana szacuje, że w ostatnich sześciu miesiącach prawie 40 proc. pasiek straciło trzy czwarte pszczół, a niektóre jeszcze więcej. Amerykanie nazwali plagę zjawiskiem nagłego opuszczania uli (Colony Collapse Disorder - CCD). Pszczeli pogrom wyszedł już poza granice Stanów Zjednoczonych i ogarnia Kanadę, Brazylię oraz niektóre kraje Europy m.in. Włochy, Portugalię, Niemcy, Hiszpanię i Wielką Brytanię.

Pogrom pszczół
Amerykański National Research Council ostrzega przed "kryzysem zapylania". Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak jesteśmy uzależnieni od pszczół. Ich rolę w przyrodzie najcelniej określił prof. Edward Osborne Wilson z Harvard University, twierdząc, że te owady to prawdziwe konie pociągowe. Gdy zaczynają ginąć, nasz los wisi na włosku, gdyż ponad 80 proc. upraw jest zapylanych przez owady. Bez pszczół jabłoń, grusza ani borówka nie zawiążą owoców, a rośliny takie jak rzepak i pomidory, nie odwiedzone przez te owady, dają plony gorszej jakości. Zaopatrzenie w lucernę zależy od obecności zapylaczy, a więc i zaopatrzenie w wołowinę, gdyż ta roślina to podstawa paszy bydła.
Wartość świadczonych przez pszczoły usług szacowana jest na terenie Stanów Zjednoczonych na 15 mln dolarów. Niepokoi więc to, że w wyniku m.in. zmian zachodzących w środowisku Europa staje się coraz uboższa w dzikie gatunki zapylające - owady te, podobnie jak pszczoły udomowione, są coraz mniej liczne, zaś w Ameryce Północnej w ostatnim półwieczu liczba pszczół miodnych zmniejszyła się o ponad o połowę (do 2,4 mln rodzin w 2005 r.). W tym czasie powierzchnia upraw wymagających zapylania przez owady wzrosła i rośnie nadal.
Nawet całkowite wyginięcie pszczół miodnych nie zagrozi zbożom, gdyż te rośliny zapyla wiatr. Jednak 30 proc. naszego pokarmu i ogromna większość witamin oraz składników pokarmowych pochodzi z owoców (w tym orzechów) i warzyw. Ta część diety, a więc i nasze zdrowie, ucierpią.

Pasieki do wynajęcia
O tym, co oznacza taki scenariusz, przekonują się sadownicy z Kalifornii. Na czas kwitnienia sadów migdałowych ponad 1,2 mln pszczelich rodzin (jedna rodzina liczy 30 tys. osobników) jest tam co roku przywożonych z innych rejonów. Tej wiosny jednak wypożyczenie pasieki kosztuje dwukrotnie więcej niż w zeszłym roku. Wobec braku owadów do zapylania migdałowców trzeba je kupować w Australii (w 2006 r. importowano pszczoły za 4 mln dolarów).
Nikt nie wie, co może wywoływać dziwne zachowanie owadów ani nawet czy rzeczywiście jest to nowe zjawisko. Na liście podejrzanych są pasożyty i patogeny, pestycydy, globalne ocieplenie, promieniowanie z masztów telefonii komórkowej, fale emitowane przez linie wysokiego napięcia, a nawet uprawy genetycznie zmodyfikowane. Podejrzewa się też, że powodem kłopotów jest nowoczesne pszczelarstwo. - Kiedyś pszczoły mieszkały na drzewie i zbierały pokarm z okolicznych kwiatów, teraz przenosimy je na wielkie odległości i wrzucamy w nowe rośliny - mówi prof. Bromenshenk. Po sezonie migdałowców pędzą do wiśni, potem do jabłoni. I tak uprawa za uprawą. To niczym źle opłacana praca w dawnej manufakturze.

Umierające ule
Naukowcy badają wpływ insektycydów na pszczoły, szczególnie tych zawierających związki nikotyny. Niewielkie dawki tych substancji mogą zaburzać zdolność pszczół do nawigacji i utrudniają im powrót do ula. Ale ta teoria nie tłumaczy strat ponoszonych przez farmerów, hołdujących rolnictwu organicznemu. Podejrzewano, że w podobny sposób zakłócają ich orientację w terenie telefony komórkowe. Gdyby tak było, w miastach te owady miałyby najgorsze warunki życia. Tymczasem jest odwrotnie - jak dowodzą francuscy naukowcy, miejskie pszczoły są zdrowsze i bardziej wydajne niż owady spoza miast. W miastach jest cieplej, jest większa różnorodność kwitnących roślin, a jednocześnie nie zagrażają pszczołom pestycydy, bo w mieście się ich nie stosuje. Powstały nawet pomysły na rozpoczęcie kampanii promującej zakładanie pasiek w miejskich parkach, na balkonach i na dachach.
Uczeni  skrupulatnie poszukują nowych pasożytów i organizmów chorobotwórczych. Ku zaskoczeniu wszystkich okazuje się, że na każdej dorosłej pszczole aż roi się od pasożytów. U niektórych owadów z rodzin dotkniętych plagą znajdowano zestaw dziwnych gatunków bakterii nie występujących w zdrowych koloniach. Inne badania przeprowadzone przez prof. Jerry'ego Bromneshenka dały wyniki odwrotne - wirusy znaleziono i w zdrowych, i w chorych ulach. - Nie odkryto dotychczas nowego patogenu i nie ma podstaw do wskazania jednego czynnika, który byłby sprawcą zjawiska nagłego opuszczania uli. Najprawdopodobniej więc zbiega się kilka czynników - mówi w rozmowie z "Wprost" dr Krystyna Pohorecka z Oddziału Pszczelnictwa Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach. W opinii dr  Pohoreckiej nagłe opuszczanie uli przez pszczoły zgłaszane na terenie Europy może mieć zupełnie inne przyczyny niż w Stanach Zjednoczonych.
Nie jest przesądzone, że pszczoły czeka zagłada. W latach 60. i 70., zanim nastała era warrozy, choroby powodowanej przez pasożytnicze roztocze, pszczelarze w USA także zgłaszali przypadki ginięcia całych pszczelich rodzin. Nawet w 1897 r. amerykańskie czasopismo pszczelarskie donosiło o tajemniczych zniknięciach zdrowych rodzin, na długo przed erą syntetycznych pestycydów.
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany