Jaś Fasola III RP

Jaś Fasola III RP

Polskie elity wysyłają do siebie z zagranicy kartki o strasznej dyktaturze Kaczorów, a potem triumfalnie je odczytują
Jaki jest wizerunek Polski w świecie? Czy świat się rzeczywiście z nas śmieje? Czy kompromitują nas rządzący? Bez przesady. Ci wszyscy zatroskani tym, że świat się z nas śmieje, sami chyba w gruncie rzeczy mają problem z samooceną. Przypominają prowincjusza, któremu, gdy znalazł się po raz pierwszy w wielkim świecie, zdaje się, że wszyscy na niego patrzą. Tak naprawdę świat ma zupełnie co innego do roboty.
W mediach amerykańskich, na przykład w "New York Timesie", w ogóle trudno znaleźć informacje o Europie, a tym bardziej o Polsce. Tylko wystawa Eriki Steinbach, a potem sprawa arcybiskupa Wielgusa rzeczywiście przebiły się na czołówki. Od czasu do czasu jakiś polski intelektualista zaprzyjaźniony z redakcją uderzy na alarm, pisząc o polskim makkartyzmie. Oczywiście pobudza to wyobraźnię elity uniwersyteckiej Wschodniego Wybrzeża. Ale ponieważ liczba ofiar krwawego reżimu Kaczorów nie dorównuje liczbie zabijanych co tydzień w Iraku żołnierzy czy nawet zabitych studentów w Virginia Tech, nie udaje się im wzniecić trwałego oburzenia.

Dostojewski przy szparagach
W Europie śledzi się polskie wydarzenia z większą uwagą, czasami nadmierną, i reaguje irytacją oraz drwiną. Niedawno na przykład martwiono się w Niemczech polskim kanonem lektur szkolnych. Ale jeśli było w tym coś śmiesznego, to raczej troska o literackie wykształcenie polskiego ucznia w Niemczech - kraju, w którym dawno w szkołach zniesiono wszelkie kanony. Nie wiadomo doprawdy, dlaczego naszym zachodnim przyjaciołom tak zależy, aby kopiący u bauera szparagi Polak, co zdaje się jego funkcją naturalną i przyrodzoną, znał Dostojewskiego i Goethego. Jeśli uczeń niemieckiego gimnazjum zapozna się z jedną częścią "Fausta", to dobrze. Schillera pomija się całkowicie, nie mówiąc już o romantykach jak Arndt, niezbyt przecież postępowych. Z Fontane'a została tylko "Effi Briest", a z Tomasza Manna jedynie nowele, gdyż nie można przecież przemęczać młodych umysłów opasłymi tomami "Buddenbrooków" czy "Czarodziejskiej góry". Tak naprawdę wystarczą "Natan Mędrzec" Lessinga, Brecht, pamiętniki Anny Frank, no i może "Baśń zimowa" Heinego. Oczywiście żadnego pisarza w rodzaju Gustava Freytaga.
Niemiecki maturzysta jest głęboko przekonany, że literatura niemiecka była przepojona duchem uniwersalistycznego humanizmu, a narodowy socjalizm ma co najwyżej ekonomiczne lub czysto polityczne przyczyny. Uczeń niemieckiego gimnazjum (do tzw. szkoły głównej chodzą funkcjonalni analfabeci, a w "szkołach realnych" też nie mąci się spokoju ducha zbędnymi lekturami) czyta tyle, ile student amerykańskiej high school na jednym kursie AP, nie mówiąc już o dobrej polskiej szkole - przed reformami postępowych pedagogów z SLD, które nikogo nie śmieszyły. W Niemczech nie ma mowy o żadnym Dostojewskim jako lekturze obowiązkowej, a o Gombrowiczu i Sienkiewiczu nie słyszała nawet większość nauczycieli. Raz udało mi się spotkać studenta, który miał w szkole "Jądro ciemności" Conrada. Był jednak niezwykle zdziwiony, gdy się dowiedział, że pisarz ten pochodził z Polski.
Nikogo nie oburza i nie śmieszy w Europie, że kanclerz Schröder przeszedł na garnuszek Putina (tylko w Nowym Jorku się z tego trochę naśmiewają), natomiast to, że w Polsce wicepremierem jest Andrzej Lepper, uważane jest za coś niezmiernie zawstydzającego - zapewne słusznie, skoro jeden wysypywał importowane zboże, a drugi importuje gaz i dzieci do adopcji. To, że bliźniacy zajmują w Polsce najwyższe stanowiska państwowe, uchodziło z początku za polskie kuriozum. Gdyby prezydentem została Jolanta Kwaśniewska, jak przez pewien czas sugerowano, przyjęto by to jako rzecz tak naturalną jak zjedzenie bezy nożem i widelcem. A jeśli Aleksander Kwaśniewski po swej dwukrotnej kadencji prezydenckiej rzeczywiście zostanie premierem, będzie to przyjęte owacjami na stojąco.

Bezzębni rolnicy
Polska nie ma dobrej prasy i ostatnio pisze się o nas więcej niż przed kilku laty. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że nastąpiła radykalna zmiana na gorsze. Nigdy nasz wizerunek nie był szczególnie dobry. Zdumiewające, ale Polska nie miała dobrej prasy ani wtedy, gdy Stan Tymiński odnosił sukcesy wyborcze, ani w czasie prezydentury Lecha Wałęsy, który nie tylko "falandyzował prawo", ale i co chwilę usiłował zaprowadzić dyktaturę (wszyscy pamiętamy posiedzenie Sejmu z dramatycznym przemówieniem Tadeusza Mazowieckiego - nadawałoby się do powtórzenia na sesji na UW). Tak też było w czasie afery Olina.
Na początku w ogóle nie dawano nam wielkich szans na budowę stabilnej demokracji, a bieda wydawała się stanem naturalnym, związanym z polskością równie trwale jak katolicyzm. Potem, w czasach wielkiego skoku na kasę, czyli za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, było trochę lepiej. Takie wydarzenie, jak ostra niedyspozycja goleni czy hołd złożony ziemi kaliskiej, poruszały tylko Polaków, a i to nie wszystkich. Zagranicznych mediów nie oburzała korupcja czy niejasne procedury prywatyzacyjne - wykupywanie polskich firm uchodziło za akt wielkodusznej pomocy rozwijającemu się krajowi. Nie oburzała obecność dawnych komunistów w polskiej elicie władzy. Nikt też nie zastanawiał się, czy państwowa telewizja jest wolna od polityki za rządów "brunatnego Roberta". Nikt nie przyjmował się śmiercią Dębskiego i Papały ani wiedeńskim spotkaniem Ałganowa z Kulczykiem. Ikoną Polski przed przystąpieniem do Unii Europejskiej był zabiedzony, bezzębny rolnik orzący ugór chudą szkapiną, który miał zniszczyć unię swymi nadmiernymi żądaniami. Polska była krajem złodziei samochodów, krajem biedy i uprzedzeń, robotników pracujących na czarno, krajem dumpingu podatkowego.
Dobry wizerunek miała nie Polska, lecz niektórzy Polacy. W Niemczech doskonały wizerunek miał na przykład Andrzej Szczypiorski. Kiedyś żadne dotyczące Polski przemówienie niemieckiego polityka nie obywało się bez wymieniania jego nazwiska, najlepiej parokrotnie.
W czasie ostatniej wizyty wspomniała go także Angela Merkel, nie wiedząc, że już raczej nie wypada tego robić - widać ciągle jeszcze ta sama osoba pisze kanclerskie przemówienia. Nikt się jednak nie śmiał z tego "obciachu".

Homofob papież
Fatalny wizerunek w Niemczech i w całej postępowej Europie miał Jan Paweł II. Według powszechnej opinii, był winny opresji kobiet zmuszanych do niechcianych porodów. Był głównym sprawcą głodu i szerzenia się AIDS w Afryce, uchodził za homofoba nie mniejszego niż Lech Kaczyński oraz za prześladowcę protestantów, odmawiając im możliwości przystępowania do ekumenicznej komunii. O "dyktacie Rzymu", jakiego doznawał Kościół niemiecki, pisano niemal tak jak o "dyktacie wersalskim". Dopiero krytyka wojny w Iraku sprawiła, że wizerunek Jana Pawła II wyraźnie się poprawił. Co ciekawe, nie różniący się od niego poglądami papież Benedykt XVI nie ma żadnych kłopotów ze swym wizerunkiem w Niemczech - zbiera tylko pozytywne recenzje, niezależnie od tego, co mówi i robi.
Mimo że "Gazeta Wyborcza" uchodzi za podstawowe źródło wiedzy o Polsce, Adam Michnik nie cieszy się w postępowej Europie sympatią (choć nikt nie odważyłby się tego powiedzieć otwarcie). W Niemczech uchodzi za nacjonalistę. Lewica nie może mu wybaczyć dawnej krytyki ośmieszającej ich walkę o prawa człowieka gwałcone na Zachodzie, a prawica - że nie wykazuje dostatecznego zrozumienia dla szlachetności i cierpień narodu niemieckiego.
Władysław Bartoszewski zyskał wielką sympatię Niemców po swoim przemówieniu w Bundestagu, w którym uznał cierpienia tych, którzy utracili Heimat. Ale prawie zupełnie ją stracił, gdy zaczął krytykować ideę Centrum przeciw Wypędzeniom. Uznano, że popadł w ten sam nacjonalizm, z którego nigdy nie wyzwolił się Michnik. Także wizerunek wielu innych znanych i cenionych Polaków - od Kołakowskiego po Lema - doznał sporego uszczerbku, gdy się okazało, że jak jeden mąż wypowiadają się przeciwko idei budowy tego centrum.
Wałęsa dopiero jako były prezydent i wróg Kaczyńskich poprawił swą reputację. Nikt się też z niego nie śmiał, gdy przed paru laty wykładał w niemieckiej telewizji swoją teorię globalizacji, choć to było zabawne. Dobrą opinię stracili w Europie prezydent Kwaśniewski i premier Miller, gdy wysłali wojska do Iraku. Polskę okrzyknięto wtedy "osłem trojańskim" USA i modne stały się Polish jokes.
Tymczasem dobrego wizerunku prezydenta Putina nie potrafi zmącić ani jego służba w KGB, ani bicie demonstrantów na ulicach rosyjskiej stolicy (łącznie z dzielnie walczącym o prawa homoseksualistów deputowanym Bundestagu Volkerem Beckiem), ani grożenie Europie rakietami. Nie jest homofobem czy nacjonalistą. Kraj zaś, którym rządzi, cieszy się niezachwianą sympatią - co drugiemu niemieckiemu politykowi lub intelektualiście oczy zachodzą mgłą podziwu i rozrzewnienia, gdy słyszy magiczne słowo "Russland". We Francji bezkrytyczne rusofilstwo jest ciągle niezbędnym warunkiem bycia intelektualistą, tak jak w Polsce inteligentem czyni lektura "Gazety Wyborczej", "Tygodnika Powszechnego" i "Polityki" (według klasycznej definicji prof. Jedlickiego).

Słuszna Polska
W Niemczech dobry wizerunek mieli i mają ci Polacy, którzy głoszą poglądy uznawane przez Niemców za jedynie słuszne. Tak zwany dialog jest w istocie monotonnym monologiem rozpisanym tylko na dwa głosy. Do "pojednania" nie są w zasadzie potrzebni inni Polacy oprócz tych, których Niemcy sami wyznaczyli lub wychowali do tego zadania. Aby nie psuć dobrego wizerunku tych pojednawczych Polaków, na wszelki wypadek nie podawano o nich wszystkich informacji. Nie można było przeczytać o tym, że Szczypiorski był komunistycznym dyplomatą i dziennikarzem, nie mówiąc już o bardziej sekretnych szczegółach jego biografii. Nie pisano także o aferach ostatnich lat, by nie rzucić cienia na "świętych polskiej demokracji".
Obecnie na wszelki wypadek nie podaje się informacji, które mogłyby podważyć negatywny wizerunek rządzących Polską zamordystów - na przykład o działalności opozycyjnej braci Kaczyńskich, o tym, że Lech Kaczynski był wiceprzewodniczącym "Solidarności" lub że jest profesorem prawa. Sławi się Polskę słuszną i prawą uosobioną jednoosobowo przez Bronisława Geremka. Jego popularność jeszcze wzrosła po happeningu, jaki zorganizował w Parlamencie Europejskim.
W Stanach Zjednoczonych ciągle żywy jest mit Lecha Wałęsy, w czym pomaga to, że w angielskim przekładzie brzmi on poważniej niż w polskim oryginale. Innych znanych polskich postaci nikt już nie zauważa. W środowiskach intelektualnych Wschodniego Wybrzeża prestiżem cieszy się Adam Michnik, ale to ciągle jest Adam Michnik sprzed 1989 r. Osobą, która najbardziej kształtuje obraz Polski, jest jednak Jan Tomasz Gross.

Dobry Gierek
Lubi się tych, którzy byli kiedyś w opozycji przeciw komunizmowi, a teraz głoszą powszechny liberalizm, otwartość rynku i społeczeństwa. Od dawna jednak już nie wiadomo, kto był po jakiej stronie. Gdy słucha się Cimoszewicza i Kwaśniewskiego występujących na amerykańskich uniwersytetach, można by dać głowę, że to przemawiają dawni opozycjoniści. W Europie, gdzie znaczna część elit to dawni radykałowie, mniej lub bardziej zarażeni marksizmem w jego rozmaitych odmianach, komunistyczna przeszłość nie jest kompromitująca, jeśli się nią nadmiernie nie afiszuje. Kiedyś to tzw. dysydenci uważani byli za awanturników zagrażających światowemu pokojowi i za narzędzia amerykańskiego imperializmu. Wtedy dobrą opinią cieszyli się Edward Gierek i Mieczysław Rakowski, którzy mieli pracować nad konwergencją systemów.
Jak mi niedawno tłumaczył jeden z amerykańskich profesorów, problem z wizerunkiem Polski polega na tym, że nikt jej nie lubi oprócz samych Polaków, a i to, dodałbym, nie wszyscy. Postępowa profesura zachodnia nie może nam darować, że nie lubiliśmy socjalizmu w jego realnej i intelektualnej postaci, a ponadto ciągnie się za nami opinia kraju antysemickiego. Niestety amerykańska Polonia raczej ją umacnia, niż osłabia.
To, co dzieje się w Polsce, jest traktowane jako potwierdzenie dawnych podejrzeń - tylko z antysemityzmem trochę nie wychodzi. W większości powtarza się opinie, które powstają nad Wisłą. Wszyscy pamiętamy scenę, gdy Jaś Fasola idzie do restauracji, by samotnie świętować swoje urodziny, pisze do siebie kartkę z życzeniami i ustawia na stoliku, by za chwilę ze zdumieniem ją odkryć i z wielką satysfakcją odczytać. Otóż elity III RP wysyłają dzisiaj do siebie kartki z zagranicy o strasznej dyktaturze Kaczorów, by następnie odczytywać je z podobnym triumfem, zadowoleniem i mądrą miną jak Jaś Fasola.

Idealni wrogowie
Kartka z karykaturą Polski wysłana przez Jasia Fasolę III RP jest za granicą przyjmowana w dobrej wierze. Nie ma przecież powodu, by nie wierzyć polskim autorytetom. Ostatni raz uważnie przyglądano się wypadkom w Polsce w 1989 r. Tak więc wiedza o nas - także o polskich autorytetach - zastygła na tym poziomie. A przy tym znudzona lewica europejska potrzebuje wroga. Choć Bush ciągle dość dobrze zaspokaja tę potrzebę, jest daleko i mało się przejmuje ostrzeżeniami europejskich polityków. Lepiej więc poszukać wroga w krajach sąsiednich. Polska nadaje się do tego jak żaden inny kraj - tu ciągle trwa spór kulturowy, katolicyzm nie zmienił się w prywatne hobby paru niedzisiejszych dziwaków, a wolność słowa brana jest dosłownie, czasami zbyt dosłownie.
Wypowiedzi i działania polskich polityków często dolewają jeszcze oliwy do antypolskiego ognia. Nie przypadkiem z uwagą rejestrowane są wypowiedzi posła Wierzejskiego na temat gejów, seksafera Samoobrony przyćmiła seksaferę w Volkswagenie, a taśmy Beger cieszyły się niemal takim wzięciem jak trzecia część "Spider-Mana". Dlatego też chwilowym hitem sezonu stały się teletubisie. To nic, że już przed paru laty toczono bardzo poważną debatę, czy nie są szkodliwe - nie chodziło wszakże o torebkę i podejrzane ruchy bioderkami, lecz o nieartykułowany sposób porozumiewania, hamujący podobno rozwój mowy u dzieci oglądających ten film. Także wtedy, gdy feministki tłumaczą nam, że płeć jest konstruowana kulturowo w książkach dla dzieci, nikt się nie śmieje - te teorie są wykładane ze śmiertelną powagą na zachodnich uniwersytetach w ramach gender studies. Co ciekawe, choć różnice płci uznawane są za wynik opresywnego wpływu norm kulturowych, homoseksualistą jest się z urodzenia. Tu w grę wchodzi twarda ontologia, podparta genetyką. Nie ulega przy tym wątpliwości, że ciągle musimy się uczyć tolerancji. W tym, że burmistrz Berlina czy Hamburga nosiłby torebkę, nie byłoby nic śmiesznego lub nagannego - byleby nie była podróbką.
Chwilowo nastąpiło wyraźne wyciszenie krytyki Polski. Czeka się na decyzję w sprawie tarczy i traktatu konstytucyjnego. Przestano nawet straszyć dzieci Andrzejem Lepperem, a mniejszości seksualne i darwinistów - Giertychem. Przyzwyczajono się też do bliźniaków. Widać także, że nie można ich po prostu przeczekać, wyśmiać lub nastraszyć. Ale nie łudźmy się, jeśli Polska rzeczywiście zastosuje w sprawie traktatu weto, rozlegnie się krzyk z wielu ochrypłych z oburzenia gardeł. Zachowajmy więc poczucie humoru i wyczucie proporcji. Na szczęście mamy Ruch na rzecz Obrony Demokracji.


Ilustracja: D. Krupa
Okładka tygodnika WPROST: 26/2007
Więcej możesz przeczytać w 26/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Spis treści tygodnika Wprost nr 26/2007 (1279)


ZKDP - Nakład kontrolowany